Indeks Szczęśliwej Planety

05.11.2009

“Wzrost gospodarczy od pewnego poziomu jest niebezpieczny, a jeśli chcemy wzorować się na najszczęśliwszych krajach świata, spójrzmy na Karaiby” – przekonuje profesor Herman Daly, profesor z Uniwersytetu Maryland i były ekonomista Banku Światowego, autor wstępu do raportu o HPI.

Happy Planet Index (HPI) czyli Indeks Szczęśliwej Planety – to przygotowany przez New Economic Foundation pierwszy ranking szczęśliwości, który odrzuca kryteria wzrostu gospodarczego czy dochodu na mieszkańca. Jego druga edycja z 2009 roku obejmuje dane z 143 krajów, w których w sumie mieszka 99 procent ludności świata.

HPI bierze pod uwagę długość życia – z założeniem, że mówi ona dużo o opiece zdrowotnej i warunkach bytu w danym kraju, to, czy mieszkańcy sami czują się szczęśliwi, oraz to, ile osiągnięcie dobrego wyniku w dwóch pierwszych kryteriach kosztuje środowisko.

„Ranking ma się nijak do politycznej sytuacji poszczególnych krajów. Palestyna stoi w nim wyżej niż Izrael, mimo że Palestyńczycy wiodą żywot mniej szczęśliwy. To samo z Rosją – w ostatniej dekadzie odnotowała wzrost w rankingu HPI, a jednocześnie zaostrzył się tam reżim polityczny” – mówi Herman Daly w wywiadzie Joanny Woźniczko-Czeczott.

Pierwsza dziesiątka krajów w rankingu HPI to: Kostaryka, Dominikana, Jamajka, Gwatemala, Wietnam, Kolumbia, Kuba, Salwador, Brazylia i Honduras. Polska jest na 77 miejscu. Na ostatnim – Zimbabwe. Wysoko stoją kraje Ameryki Łacińskiej, na ostatnich miejscach wiele jest krajów kraje Czarnej Afryki, ale także… Luksemburg i Estonia.

„Spędziłem trochę czasu w Brazylii. Kto wie, może ma to coś wspólnego z kulturą dbania o wspólnotę, może ze słońcem i z plażami? Jest tam wspaniałe naturalne piękno” – odpowiada Herman Daly na pytanie o to, dlaczego Ameryka Łacińska w ogóle jest w czołówce HPI.

„…wzrost gospodarczy powinien oznaczać środek do zapewnienia większej satysfakcji z życia, a co za tym idzie – szczęścia. Ale ponieważ satysfakcja i szczęście zawsze były trudne do zmierzenia, zwykło się je określać przez coś, co jest mierzalne. W ten sposób zaczęliśmy traktować PKB najpierw jako miarę, a potem jako warunek niezbędny do osiągnięcia szczęścia albo wręcz synonim bycia szczęśliwym” – stwierdza profesor Daly. Według niego jednak mierzenie produktu krajowego brutto (PKB) i jego wzrostu nie prowadzi do odpowiedzi na to, czy mieszkańcy danego kraju są szczęśliwi. Wskazuje na to ranking: kraje najbogatsze są raczej na dalszych miejscach rankingu, a biedne – zarówno na końcu, jak i na początku.

Profesor Herman Daly wykłada na Uniwersytecie Maryland; pracował wcześniej jako ekonomista w oddziale ekologicznym Banku Światowego.

Źródło: Joanna Woźniczko-Czeczott, Skończmy z produkcją, jedźmy na plażę, Przekrój, 5 sierpnia 2009.


Twarda i miękka siła

20.09.2009

„Każdy amerykański prezydent ma wybór. Może uciec się do użycia przemocy, a więc sięgnąć po hard power aby przeforsować interesy Ameryki. Ale może też inwestować pieniądze, oddziaływać swoim wizerunkiem – nazywam to wykorzystywaniem soft power, postawieniem na siłę przyciągania wartości kulturowych, jakie usposabiają USA. Nigdy jednak nie twierdziłem, że wojsko, służby specjalne czy sankcje gospodarcze, a więc cały ten arsenał hard power w rękach supermocarstwa, dałoby się w pełni zastąpić. Chodzi o znalezienie złotego środka między twardymi i miękkimi metodami” twierdzi amerykański politolog i polityk Joseph Nye. I dodaje:

„Amerykańskie siły zbrojne latami były nieodzowne do tego, aby przystopować Sowietów i ich ekspansję. Ale to przede wszystkim atrakcyjność zachodnich wartości zatopiła system komunistyczny i przedziurawiła żelazną kurtynę”.

Jakie są źródła soft power? „Po pierwsze kultura danego kraju. W przypadku Ameryki sięga ona od Uniwersytetu Harvarda po Hollywood. Po drugie ideały polityczne, które dla innych krajów mogą być bardzo atrakcyjne: od demokracji poprzez wolność słowa aż po równość szans. A po trzecie legitymizacja polityki zagranicznej, czyli takie działania, które mogą być postrzegane przez narody jako stosowne reprezentowanie ich interesów”.

Niewiele jest krajów, które – poza USA – realnie mogą stosować <soft power. Ale to nie znaczy, że inne też nie mogą zawalczyć o serca i umysły, jak to zwano w czasach wojny wietnamskiej. Nazwy się zmieniają, ale przesłanie pozostanie: trwała zmiana nie rodzi się na mogiłach i wśród ruin. Choć czasem bez nich nie może się obejść.

Źródło: Złoty środek, z Josephem Nyem rozmawiają Gabor Steingart i Gregor Peter Schmitz, Forum, 14 września 2009, przedruk z: Der Spiegel, 17 sierpnia 2009.


Nie wiedzą o nas

17.07.2009

„O Polsce mało kto na świecie słyszał, a jeśli nawet, to zazwyczaj nic dobrego. Wizerunek kraju za granicą jest gorszy od polskiej rzeczywistości” – rozpoczyna swoje rozważania o marki Polski Małgorzata Mrozińska z Marketing and more.

W 2008 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Polska Organizacja Turystyczna, Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych oraz PLL LOT zainwestowały w kampanię reklamową Polski w CNN International. Na jej potrzeby wyprodukowano dwa spoty reklamowe – jeden skierowany do inwestorów, drugi do turystów. „Obydwie reklamy były ładnymi widokówkami, takimi, na które rzuca się okiem i odruchowo chowa do szuflady” – ocenia Małgorzata Mrozińska.

„Proszę mi wierzyć, ludzie wykształceni, o wysokiej pozycji zawodowej i społecznej nie wiedzą o współczesnej Polsce nic – mówi Nina Kowalewska-Motlik, przedstawiciel CNN na Polskę o znajomości Polski na świecie, a więc i rozpoznawalności jej jako marki.

W czerwcu 2009 w CNN ruszyła kolejna kampania Polski. Nowością w porównaniu z poprze są reklamy promujące polską kulturę, historię oraz poszczególne miasta. Pojawili się również kolejni partnerzy kampanii po stronie polskiej: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Warszawa, Kraków, Poznań, Łódź i Gdańsk.

W krajach UE Polska postrzegana jest jako kraj skorumpowany, zbiurokratyzowany, nierespektujący swobód obywatelskich i pozbawiony gospodarki rynkowej – tak wynika z badań firmy konsultingu marketingowego Stratosfera Added Value z 2002 roku.

Polska nie bardzo potrafi promować się na zewnątrz. I nawet nie chce: „Niestety, w Polsce szeroko rozumiane elity, w tym polityczne, absolutnie nie doceniają wagi wizerunku kraju na zewnątrz i zawsze obcinają budżety na jego promocję – wskazuje Marek Kłoczko, sekretarz w Krajowej Izbie Gospodarczej. Wiele pieniędzy tonie w biurokracji, dublujących się stanowiskach i przygotowywanych miesiącami strategiach i projektach.

„…jeśli Polska ma słabą markę, to tak też postrzegane są polskie produkty za granicą” stwierdza Marek Kłoczko. A także atrakcyjność jako miejsca wakacyjnego wyjazdu, inwestycji, wspólnych przedsięwzięć kulturalnych. Potwierdzają to międzynarodowe rankingi:

Według Światowego Forum Ekonomicznego (World Economic Forum) pod względem konkurencyjności gospodarki. zajmujemy dopiero 53 miejsce na 133 kraje. W skali Europy na 42 Polska zajęła dopiero 32 miejsce pod względem konkurencyjności turystycznej. Z kolei na 134 krajów świata pod względem ich potencjału internetowego (networking index) Polska zajęła dopiero 69 miejsce.

O Polsce niewiele wiadomo na świecie, bo niewiele się liczy w polityce, gospodarce, nauce i kulturze na świecie, a nawet w Europie. I nie wygląda na to, by się to miało szybko zmienić.

Myślimy o sobie, że jesteśmy dużym, potężnym krajem, który ma ogromne zasługi dla współczesnej historii i tożsamości Europy. Chcemy się liczyć i uważamy, że mamy do tego prawo. Jednak tak nie jest w oczach świata – zarówno w badaniach jak w przekonaniu osób podejmujących decyzje w różnych dziedzinach współczesnego życia, od dyplomacji i polityki po wypoczynek nad mazurskimi jeziorami.

Czy to w ogóle ma szansę się zmienić? Wątpię. Jesteśmy niesterowalnym krajem, pełnym małych drobnych piekiełek mających o sobie zbyt wielkie mniemanie. Stajemy się coraz bardziej zasobni, w pieniądze, technologię, nawet sposób myślenia i organizację pracy, ale to za mało przekłada się na to, co dajemy światu.

Jedno jest jednocześnie pocieszające i smutne: że promocja Polski dziś odbywa się bardziej za sprawą pojedynczych ludzi robiących coś dobrego, małych firm. Z jednej strony pokazuje to jaką silę może mieć dziś pojedynczy człowiek, z drugiej – pokazuje bezradność państwa.

Źródło: Małgorzata Mrozińska, Polska to zła marka, Marketing and more, 15 lipca 2009, przedruk w Onet.pl.


Parytet czy demokracja?

10.07.2009

Co pewien czas ożywają dyskusje na temat parytetu – takiej zmiany rzeczywistości, by kobiety mogły się przedostać do polityki.

„Za mało kobiet bierze udział w życiu politycznym, a ono na tym traci. W żadnej kadencji Sejmu kobiet nie było więcej niż dwadzieścia parę procent, a w senacie jest jeszcze mniej” – wskazuje Marek Borowski, były marszałek Sejmu Rzeczpospolitej1.

Połowa miejsc na listach wyborczych miałaby uzdrowić życie polityczne.

„Kiedyś byłem zdecydowanym przeciwnikiem parytetu, bo uważałem go za sztuczny mechanizm, który łamie regułę wolnego wyboru, ale zmieniłem zdanie. Dziś sądzę, że powinien być jakiś mechanizm promujący udział kobiet w polityce” – stwierdza Maciej Płażyński, poseł na Sejm i marszałek Sejmu za czasów AWS1.

Tylko, że promocja nie ma reguł narzucających wypuszczanie połowy niebieskich baloników.

„Parytet to element niezdrowej inżynierii społecznej. Kobiet w polityce powinno być więcej, ale lepiej by odbyło się to w sposób naturalny, przez nacisk opinii publicznej” – uważa Marek Jurek z PiS1.

W lipcu 2009 roku w sondażu opinii publicznej inicjatywę czerwcowego Kongresu Kobiet Polskich, by partie oddawały połowę miejsc na listach wyborczych do Sejmu, PE i samorządów, poparło 61 procent badanych, przeciw było 27 procent.

Inicjatorki czerwcowego Kongresu Kobiet zaczynają namawiać polityków, by poparli ich pomysł. W Szwecji, Hiszpanii, Finlandii, Albanii po wprowadzeniu parytetu liczba kobiet w polityce wzrosła.

SLD zapowiedział projekt ustawy wprowadzający parytet w wyborach parlamentarnych 2011 roku – 30 procent, w kolejnych – do 50 procent, a także parytet w administracji publicznej oraz samorządowej.

„Polacy są zdegustowani polityką. Polski parlament cieszy się dwukrotnie mniejszym zaufaniem niż europejski. A skoro nie można liczyć na ratunek z UE, to chcielibyśmy zmiany proporcji płci w nadziei, że kobiety nie walczyłyby o władzę w tak żenujący sposób jak mężczyźni” – komentuje to psycholog społeczny Janusz Czapiński2.

Zwolennicy parytetu przekonują: „połowie społeczeństwa oddajmy połowę miejsc”. Czyli 230 miejsc na ławach parlamentu? Nie, dodają zaraz, połowa miejsc na listach wyborczych, to społeczeństwo zdecyduje… dziś mężczyźni popierają swoich, umieszczając ich na listach wyborczych, nie dając szans kobietom.

Czy kobiety powinny mieć równe prawa? Tak. Czy powinny mieć wymuszoną połowę miejsc na listach czy nawet więcej: obowiązkową połowę miejsc w ciałach wybieralnych czy nominowanych? Nie, bo to właśnie narusza zasadę równego traktowania.

Prawo nie powinno być używane do przełamywania społecznych stereotypów (które pokutują nie tylko w umysłach mężczyzn, ale również kobiet. To nie uzdrowi polskiej polityki, a śmiem także wątpić czy poprawi sytuację kobiet.

Źródła:
1WBS, Kobiet w polityce więcej, ale jak?, Gazeta Wyborcza, 7 lipca 2009.
2Renata Grochal, Naród za kobietami, Gazeta.pl, 10 lipca 2009.


Czwórka do brydża

10.07.2009

„”Cztery ugrupowania podzieliły miedzy siebie wyborczy tort i nic nie wskazuje na to, aby wyborcy odczuwali tęsknotę za nową partią, zwłaszcza że istniejące dostarczają wystarczających emocji. Polską politykę kształtuje spór między PO i PiS o sposób prowadzenia polityki, kształt i zadania państwa, politykę gospodarczą.

Dwie pozostałe partie – PSL i SLD – skupiają wyborców bądź klasowych, jak w przypadku ludowców, bądź zdefiniowanych historycznie. Dotychczasowe próby podważenia tego ukladu się nie powiodły. Ani SdPL nie zdałała uwieść lewicowych wyborców, aniżadna kanapowa prawicowa partia nie odebrała pierwszeństwa PiS” – analizuje sytację na polskiej scenie politycznej Katarzyna Kolenda-Zaleska w momencie gdy może się znów uaktywnić Stronnictwo Demokratyczne z Andrzejem Olechowskim i Pawłem Piskorskim na czele. I dodaje:

„Nuda i przewidywalność polskiej polityki mogą zostać przełamane. Ale na to potrzeba coś absolutnie nowego, wyjątkowego, a je światła odbitego od tego, co juz doskonale znamy”.

Źródło: Katarzyna Kolenda-Zaleska, Koniec nudy?, Gazeta Wyborcza, 7 lipca 2009.


Znaczenie pracy dziennikarza

06.04.2009

„Prasa dzisiejsza to potęga, której znaczenia trudno nie doceniać. Dziennikarstwo jest dziś jednym z najważniejszych czynników życia społecznego, dziennik zaś jest rzeczywistym zwierciadłem świata” – pisze w pierwszych słowach wydanego w 1947 roku podręcznika dziennikarstwa Tadeusz Zbigniew Hanusz*.

„Do niedawna, bo jeszcze na początku tego stulecia, praca dziennikarska była niedocenianą, a zawód dziennikarski był uważany za coś podrzędnego. Dziś prasa jest potęgą, bo chociaż dzieło dziennikarza jest krótkotrwałe, to jednakże wpływ tego dzieła zaznacza się wyraźnie na duchu epoki.

Przez dziennik, jako po gościńcu przechodzi wszystko, co dzieje się w wielkim rodzie ludzkim: od wysokiej polityki do drobnych wypadków dnia”.

Czy dziś w dobie Internetu i Web 2.0, wielu źródeł informacji, dziennikarstwo i dzienniki – rozumiane szeroko, również jako radio i telewizja – mają ciągle tak wielkie znaczenie? Czy spełniają swoje zadanie? A jeśli nie, to czy i jak muszą się zmienić?

* Tadeusz Zbigniew Hanusz, Dziennikarstwo, Spółka wydawnicza St. Jamiołkowski i T. J. Evert, Łódź 1947, strona 11.


Gwara śląska

04.04.2009

„Żywa gwara śląska, którą posługują się mieszkańcy na co dzień , pozostanie na zawsze dla nich znakiem ich rodzimej śląskiej ziemi. Zauważyłam, że podczas różnych folklorystycznych festiwali, godać po naszymu dla Ślązaków jest dumą. I niech tak pozostanie.

Rozwój gwary śląskiej podlega ogólnym procesom globalizacji, łączenia żargonów, języka mediów. Ważną rolę odgrywają szkoła, zwykłe codzienne życie, kontakty z ludźmi, wyjazdy. Zmianie ulega słowotwórstwo, fleksja czy fonetyka…” – stwierdza Małgorzata Kiereś, etnograf i dyrektor Muzeum Beskidzkiego w Wiśle.

I dodaje: „…język gwary, tak jak i język ojczysty był, jest i będzie żywy. I taki żywy, zmieniający się, jest akceptowany. Najważniejsze, że nadal jest częścią życia, narzędziem komunikacji dla wielu mieszkańców śląskiej ziemi”.

Źródło: wypowiedź Małgorzaty Kiereś dla Śląsk, za: Penetracje, Przegląd, 29 marca 2009.