„Tam zaufanie jest wyższe i służy temu między innymi długa kampania wyborcza, która jest czymś więcej niż tylko prezentacją poglądów kandydatów. Oni przez dwa lata jeżdżą po kraju, ściskają ręce tysiącom ludzi w małych miasteczkach, w wielkich metropoliach, wchodzą do ich salonów, siadają przy stole i rozmawiają.” – mówi o kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych socjolog Piotr Sztompka w wywiadzie dla dziennika „Polska”.
Po to „…by wytworzyć ten najsilniejszy element zaufania, który wynika z bezpośredniego kontaktu. Profesor Zbigniew Brzeziński powiedział, że już przy pierwszym spotkaniu z Barackiem Obamą wiedział, iż to ktoś nieprzeciętny. Pod tym względem kampania amerykańska jest unikalna. Nigdzie na świecie kandydaci nie spędzają tyle czasu w terenie, by pokazać, kim naprawdę są. Można kłamać przy pomocy technik telewizyjnych, obraz i słowo można montować, ale gdy stoi się twarzą w twarz albo na trybunie, tego nie da się zrobić. Wtedy trzeba być kimś”.
Piotr Sztompka wskazuje na znaczenie bezpośredniego kontaktu, podróży po kraju i uścisku dłoni wyborcy. Ilu jednak wyborców ma szansę w ten sposób spotkać się z kandydatem? Ilu da się tym przekonać, wliczając w to nawet tych, których przekonają przekonani?
We współczesnych kampaniach wyborczych w dużych państwach liczy się przede wszystkim kontakt pośredni, przez środki masowego przekazu. W Stanach Zjednoczonych także przez rzesze wolontariuszy, osobiście lub telefonicznie przekonujących wyborców.
Z drugiej strony – kto wie, ile z tych kilku procent głosów, które dały mu zwycięstwo, Barrack Obama zyskał dzięki zyskaniu zaufania swoją osobą: w spotkaniu, przemówieniu lokalnym, uścisku dłoni?
Źródło: Musimy nauczyć naszych polityków walczyć fair play, z Piotrem Sztomką rozmawia Monika Libicka, Polska, 10 listopada 2008.