Co pewien czas ożywają dyskusje na temat parytetu – takiej zmiany rzeczywistości, by kobiety mogły się przedostać do polityki.
„Za mało kobiet bierze udział w życiu politycznym, a ono na tym traci. W żadnej kadencji Sejmu kobiet nie było więcej niż dwadzieścia parę procent, a w senacie jest jeszcze mniej” – wskazuje Marek Borowski, były marszałek Sejmu Rzeczpospolitej1.
Połowa miejsc na listach wyborczych miałaby uzdrowić życie polityczne.
„Kiedyś byłem zdecydowanym przeciwnikiem parytetu, bo uważałem go za sztuczny mechanizm, który łamie regułę wolnego wyboru, ale zmieniłem zdanie. Dziś sądzę, że powinien być jakiś mechanizm promujący udział kobiet w polityce” – stwierdza Maciej Płażyński, poseł na Sejm i marszałek Sejmu za czasów AWS1.
Tylko, że promocja nie ma reguł narzucających wypuszczanie połowy niebieskich baloników.
„Parytet to element niezdrowej inżynierii społecznej. Kobiet w polityce powinno być więcej, ale lepiej by odbyło się to w sposób naturalny, przez nacisk opinii publicznej” – uważa Marek Jurek z PiS1.
W lipcu 2009 roku w sondażu opinii publicznej inicjatywę czerwcowego Kongresu Kobiet Polskich, by partie oddawały połowę miejsc na listach wyborczych do Sejmu, PE i samorządów, poparło 61 procent badanych, przeciw było 27 procent.
Inicjatorki czerwcowego Kongresu Kobiet zaczynają namawiać polityków, by poparli ich pomysł. W Szwecji, Hiszpanii, Finlandii, Albanii po wprowadzeniu parytetu liczba kobiet w polityce wzrosła.
SLD zapowiedział projekt ustawy wprowadzający parytet w wyborach parlamentarnych 2011 roku – 30 procent, w kolejnych – do 50 procent, a także parytet w administracji publicznej oraz samorządowej.
„Polacy są zdegustowani polityką. Polski parlament cieszy się dwukrotnie mniejszym zaufaniem niż europejski. A skoro nie można liczyć na ratunek z UE, to chcielibyśmy zmiany proporcji płci w nadziei, że kobiety nie walczyłyby o władzę w tak żenujący sposób jak mężczyźni” – komentuje to psycholog społeczny Janusz Czapiński2.
Zwolennicy parytetu przekonują: „połowie społeczeństwa oddajmy połowę miejsc”. Czyli 230 miejsc na ławach parlamentu? Nie, dodają zaraz, połowa miejsc na listach wyborczych, to społeczeństwo zdecyduje… dziś mężczyźni popierają swoich, umieszczając ich na listach wyborczych, nie dając szans kobietom.
Czy kobiety powinny mieć równe prawa? Tak. Czy powinny mieć wymuszoną połowę miejsc na listach czy nawet więcej: obowiązkową połowę miejsc w ciałach wybieralnych czy nominowanych? Nie, bo to właśnie narusza zasadę równego traktowania.
Prawo nie powinno być używane do przełamywania społecznych stereotypów (które pokutują nie tylko w umysłach mężczyzn, ale również kobiet. To nie uzdrowi polskiej polityki, a śmiem także wątpić czy poprawi sytuację kobiet.
Źródła:
1WBS, Kobiet w polityce więcej, ale jak?, Gazeta Wyborcza, 7 lipca 2009.
2Renata Grochal, Naród za kobietami, Gazeta.pl, 10 lipca 2009.
Ja bym raczej nazwał wpis „Parytet czy sprawiedliwość?”. W ogóle nie czaje tego argumentu „dziś mężczyźni popierają swoich”, który nie wiadomo czy jest prawdziwy i ciężko go udowodnić. Pomimo to feministki, chcą dokonać zmiany na już jawną niesprawiedliwość… gdzie tu sens, gdzie logika? A może 30% władzy dla blondynów? Albo 20% władzy na niepełnoletnich? Albo ileśtam dla pochodzących ze wsi? A może wybór ze względu na wykształcenie? Dlaczego akurat do płci się doczepili?